- Eugeniusz Markowski „Zoo” lata 70-te, olej na kartonie, wymiary 42×29.5 cm, wersja na płótnie tego obrazu, o wymiarach 135×135 cm, jest reprodukowana w katalogu z retrospektywnej wystawy, „Eugeniusz Markowski”, Warszawa 2005
- Eugeniusz Markowski, „Moralitet, ok. 1989, olej na kartonie, wymiary 50×40 cm, reprodukowana w katalogu z retrospektywnej wystawy, „Eugeniusz Markowski”, Warszawa 2005, / kolekcja galerii
Eugeniusz Markowski - wybitny malarz, rysownik i scenograf, dziennikarz i dyplomata, profesor malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Urodził się 8 listopada 1912 w Warszawie. Ojciec Józef, matka Natalia z domu Kowalska. Ukończył Gimnazjum Sejmikowe w Radzyniu Podlaskim w roku 1930. Absolutorium Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, gdzie studiował w pracowni prof. Tadeusza Pruszkowskiego, uzyskał w roku 1938. Zmobilizowany 1 września 1939 do warszawskiego Pułku Piechoty, został ranny. W lutym 1940 uciekł z okupowanej Warszawy, by przez Słowację i Węgry przedostać się do Włoch, do Rzymu. Miasto to wybrał nie bez powodu, wieloletnim korespondentem "Wiadomości Literackich" był tam teść Eugeniusza Markowskiego-dr filozofii i inż. chemii Aleksander Kołtoński. Jego córkę Mirosławę poznał jeszcze podczas studiów w Wieczorowej Szkole Rysunku im.W. Gersona w Warszawie. Pobrali się w roku 1937. Lata 1940 - 1950 spędził we Włoszech. Był członkiem "Libera Associazione Arti Figu-rative" i regularnie brał udział w wystawach tej grupy. Po wojnie uczestniczył w wystawach rzymskiego "Art Clubu", którego założycielem był Józef Jarema. Zadebiutował na Ouadriennale Malarstwa w Rzymie w roku 1948. W tym czasie pracował także jako scenograf w rzymskim Te-atro Delie Arti. W Rzymie poznał swą drugą żonę - Teresę z Iwaszkiewiczów, w Kanadzie urodziła się ich córka - Magdalena. W latach 1950 -1955 przebywał w Kanadzie jako charge d'affaires ambasady polskiej, był także korespondentem Agencji "Polpress". Do Polski powrócił w roku 1955, został dyrektorem Biura Współpracy Kulturalnej z Zagranicą Ministerstwa Kultury i Sztuki; na stanowisku tym pozostał do roku 1969. W roku następnym podjął pracę w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Zadebiutował powtórnie w warszawskiej "Zachęcie" w roku 1962, wystawą 20 obrazów. Wstęp do tej ekspozycji napisał Zdzisław Kępiński, czytamy w nim m. in.: "Twórczość Eugeniusza Markowskiego jest chyba jednym z najbardziej zaskakujących zjawisk w obrębie dzisiejszego polskiego malarstwa." I dalej: "Kupiec-lichwiarz i dziwka, prałat i szatan, dyplomata-dostojnik i lump żyjący z odpadków żerowiska sytych, odwieczne sylwety teatru ludowej wyobraźni raz jeszcze odżywają w sztuce budząc echa Sądów Ostatecznych z portalów średniowiecznych katedr, echa plebejskich druków z wojny chłopskiej w Niemczech doby reformacji i francuskiej farsy odpustowej z czasów wojny stuletniej. Markowski przywraca treści literackie malarstwu, które tak od nich uporczywie stroni od dłuższego czasu". Wystawa okazała się wielkim sukcesem, prace artysty weszły do kolekcji muzealnych. Od roku 1962 do końca lat dziewięćdziesiątych artysta zapraszany był do udziału w szeregu prestiżowych prezentacji sztuki polskiej, przeplatały się one z wystawami indywidualnymi.
Prace w zbiorach: Muzeum Narodowego w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu, Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy, Muzeum Sztuki w Łodzi, Museu de Arte Moderna w Sao Paulo, oraz w kolekcjach prywatnych w kraju i za granicą.
1963 - VII Biennale Sztuki - Sao Paulo 1964-Profile IV-Polnische Kunst Heu-te - Stadtische
Kunstgalerie Bochum /Kulturhaus Kassel
1965 - Wystawa 37 polskich malarzy współczesnych - Pawilon Heleny Rubinstein Tel-Awiw
1965 - Wystawa indywidualna malarstwa i rysunku - Galleria Chiocciola Padwa
1966 - 17 polish painters- D'Arcy Galle-ries, Londyn
1966 - Wystawa 10 malarzy polskich -Sveagalleriet Sztokholm
1967 - Wystawa indywidualna malarstwa - "Zachęta" Warszawa
1968 - Six painters from Poland - Royal College ofArtsGalleries Londyn
1969 - Indywidualna wystawa malarstwa - Zamek Książąt Pomorskich Szczecin
1970 -1000 Years Polish Art - Royal Academyof Art Londyn
W latach sześćdziesiątych malarstwo Markowskiego ewoluowało od płócien monochromatycznych do kompozycji pełnych koloru. One to wytworzą kanon, który później nazwany będzie okresem klasycznym.
1971 - 25 lat malarstwa polskiego - Muzeum Narodowe Poznań
1972 - Indywidualna wystawa malarstwa - "Zachęta" Warszawa
1973 - Indywidualna wystawa malarstwa - Kunsthalle Mannheim
1975 - Polskie malarstwo współczesne -Museo de Arte Moderno Meksyk
1978 - Wystawa dzieł ofiarowanych przez artystów polskich Międzynarodowemu Muzeum
im. Salvadore Allende - Muzeum Sztuki Łódź
1979 - 35 lat malarstwa w Polsce Ludowej - Muzeum Narodowe Poznań
1981 - Indywidualna wystawa - Galeria Studio Warszawa
1983 - Wyobraźnia i rzeczywistość - "Zachęta" Warszawa 1984 - Indywidualna wystawa
malarstwa - "Zachęta" Warszawa. Wystawa ta przyniosła E. Markowskiemu nagrodę
im. Cypriana Kamila Norwida - "Za najwybitniejszą indywidualną wystawę plastyczną
w 1984 r. w Warszawie."
1986 - Eugeniusz Markowski - rysunek - Centrum Sztuki Studio Warszawa
1989 - "The Open Door" Wystawa Współczesnego Malarstwa Polskiego - Charlo-tenborg
Kopenhaga
Malarstwo Eugeniusza Markowskiego w latach osiemdziesiątych odczytane zostało jako prekursorskie wobec polskiej wersji "Neue Wilde". Natomiast lata dziewięćdziesiąte to kolejny etap wzmożonej ekspresji w twórczości Eugeniusza Markowskiego. Liczne wystawy indywidualne coraz wyraźniej zarysowują jego znaczącą pozycję na gruncie współczesnej sztuki polskiej.
1991 - Kolekcja sztuki XX w. w Muzeum Sztuki w Łodzi - "Zachęta" Warszawa
1994 - Nagroda artystyczna Exit "za konsekwentne poszukiwanie nowych znaczeń w malarstwie"
1996 - Eugeniusz Markowski - malarstwo - Muzeum Narodowe Szczecin
1997 - Granice obrazu - malarstwo w Polsce lat dziewięćdziesiątych - Centrum Sztuki
Współczesnej Zamek Ujazdowski Warszawa
1998 - Kapituła Nagrody Kolekcjonerów im. Doktora Lecha Siudy przyznała swe pierwsze
wyróżnienie Eugeniuszowi Markowskiemu za całokształt twórczości malarskiej
1998 - Fragment kolekcji - Muzeum Narodowe Poznań
1999 - Obrazy i rysunki - Galeria u Jezuitów Poznań
2004 - Galeria AG, Kraków
2005 - Eugeniusz Markowski - Malarstwo, Galeria DAP, ul. Mazowiecka 11a Warszawa
2007 - Eugeniusz Markowski 1912 - 2007, Galeria Giza, wystawa na stronie www.galeriagiza.pl
11.04.2007 r. - 15.06.2007 r.
Prace w zbiorach: Muzeum Narodowego w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu, Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy, Muzeum Sztuki w Łodzi, Museu de Arte Moderna w Sao Paulo, oraz w kolekcjach prywatnych w kraju i za granicą.
SZTUKA 4/88
K.S.: Na dobrą sprawę mało kto wie coś więcej o Panu, może to dlatego, że przebywał Pan ponad 15 lat za granicą. Niech Pan sam nieco opowie o swoich latach szkolnych i późniejszych perypetiach.
E.M.: Ojciec umarł, gdy byłem bardzo mały, właściwie go nie pamiętam. Wychowywała mnie matka. Zmuszona była mnie oddać do gimnazjum z internatem, prowadzonego przez księży Marianów na Bielanach pod Warszawą. Było to jedno z najbardziej eleganckich i ekskluzywnych gimnazjów w tym czasie w Polsce, zorganizowane na wzór szkól angielskich tego typu. Uczyła się tam przeważnie młodzież z tzw. dobrych albo bardzo zamożnych rodzin. Wychowywano nas w duchu patriotyzmu i racjonalizmu, przywiązywano dużą wagę do działalności samorządu uczniowskiego - po prostu o bardzo wielu rzeczach sami decydowaliśmy. Znaczną rolę odgrywało wychowanie fizyczne - mieliśmy warunki do uprawiania praktycznie wszystkich sportów.
No i oczywiście - kościół i lekcje religii, choć trzeba przyznać, że księża byli raczej taktowni w tych sprawach. Bielany były dobre, ale drogie, i dlatego przeniosłem się po 4 latach z tego gimnazjum do innego, również prowadzonego przez księży, w Sokołowie Podlaskim. Nauka nie sprawiała mi trudności, ale z powodu pewnego, dość, jak się okazało, kontrowersyjnego, wypracowania z polskiego - zostałem usunięty z tego gimnazjum - na rok przed maturą. Nigdzie nie chciano mnie przyjąć, gdyż powody mojego
zwolnienia były bardzo niejasne. Na szczęście jednak dzięki protekcji nauczy cięła od polskiego dosta łem się do gimnazjum w Radzyniu Podlaskim. Była to szkoła koedu kacyjna, do której - przy tym - uczęszczało dużo młodzieży żydowskiej. Tak więc dla mnie - wychowanka pragmatycznych księży - był to dość duży przeskok. Z początku czułem się bardzo niepewnie, tym bardziej, że do Radzynia przyjechałem okryty nimbem tajemnicy, jako uczeń wydalony za "politykę"... Rozniosło się, że potrafię malować i jakieś bractwo zamówiło u mnie wizerunek św. Teresy, a gdy przyjeżdżał teatr objazdowy, zatrudniany byłem przy charakteryzacji. To były ciekawe doświadczenia dla ucznia prowincjalnego gimnazjum. Maturę zdałem w Radzyniu. Po powrocie do Warszawy bardzo pragnąłem rozpocząć studia malarskie, ale w domu radzono mi bardziej praktyczne studia. Postanowiłem więc zdawać na architekturę. Zapisałem się nawet na przygotowawczy kurs rysunku. W ostatniej jednak chwili, tuż przed egzaminami wstępnymi, wycofałem papiery z Politechniki i złożyłem je na Akademii Sztuk Pięknych. To był rok 1934. Akademię wspominam z prawdziwą sympatią, chociaż stosunki tam panujące były może zbyt paternalistyczne. Docierało do nas stosunkowo mniej informacji ze świata niż dzisiaj, ale chyba bardziej przeżywaliśmy wszystkie nowinki. Profesorowie, którzy powracali z jakichś interesujących podróży organizowali spotkania ze studentami. Pamiętam takie spotkanie prof. W. Daszewskiego po jego powrocie ze Związku Radzieckiego. Bardzo duże wrażenie zrobiły na nas jego opowieści o Meyerholdzie i w ogóle o nowoczesnym teatrze radzieckim, o Eisensteinie i nowym kinie. Studia odbyłem bezkonfliktowo - w pracowni malarstwa prof. Pruszkowskiego. To był przemiły człowiek. Byl typem światowca - człowiekiem bogatym i eleganckim, który poświęcał się ekskluzywnemu i kosztownemu hobby - lotnictwu. Mówiło się o nim, że jest najlepszym malarzem wśród pilotów i najlepszym pilotem wśród malarzy. Posiadał prywatną awionetkę i obszerny dom w Kazimierzu, gdzie często zapraszał swoich uczniów. Był bardzo życzliwie nastawiony do studentów. Wielu pomagał. Zawsze chętnie podejmował dyskusję o sztuce. W ASP "zaliczyłem" również malarstwo ścienne i grafikę. Dopiero niedawno trafiła do mnie jedna z moich litografii studenckich. Byłem wówczas pod wyraźnym wpływem Muncha. Jako jedną ze specjalizacji wybrałem scenografię w praco\vni prof. Daszewskiego i właśnie związek z tą dziedziną sztuki okazał się bardziej trwały. Na zakończenie kursu otrzymałem od. Daszewskiego pierwszą nagrodę za projekt dekoracji do "Snu nocy letniej". Od scenografii rozpoczynałem również moją działalność profesjonalną. Daszewski był stałym scenografem teatru Ateneum Jaracza, wziął mnie - jeszcze jako studenta - do współpracy, "na murzyna", wykonywałem wiele prac poznawczych, poznając od podszewki życie tego wspaniałego teatru. W czasach studenckich pracowałem również w innym teatrze, u Adwentowicza, oraz w Warsztatach Teatralnych z Bardinim i Axerem. Jednocześnie drukowałem w pierwszych numerach "Szpilek" rysunki satyryczne, gdzie już działał mój kolega z Akademii Eryk Lipiński. To były rysunki formisty czne, gdyż w tym okresie przeżywałem fascynację włoskim futuryzmem. Przyjaźniłem się wówczas z Mieczysławem Chojnowskim, Stanisławem Zamecznikiem i Tadeuszem Filipczakiem. Prowadziliśmy bez końca nasze gorące młodzieńcze dyskusje o sztuce. W 1938 r. otrzymałem absolutorium na Akademii, ale zapisałem się jeszcze na rok 1939. Tuż przed wybuchem wojny razem z Daszewskim opracowałem scenografię do przedstawienia w Teatrze Wielkim ("Wesele Fon-sia", o ile moje notatki mnie nie zawodzą). Profesor wykonał projekt dekoracji, ja zaś, już samodzielnie - kostiumów. Było to ostatnie przedwojenne przedstawienie Teatru Wielkiego. We wrześniu, już w mundurze, oglądałem przez wybite szyby Teatru fotosy z tego przedstawienia. Zmobilizowany zostałem w środku łata jako podporucznik rezerwy - w Pułku Strzelców Kaniowskich. Najpierw skoszarowano nas w Cytadeli, a później zawieziono na Dworzec Główny i stamtąd przetransportowano nad samą granicę z Niemcami, aż do powiatu kępińskiego. Zawsze byłem pacyfistą, ale wtedy, we wrześniu zrozumiałem, że i moim obowiązkiem jest bronić niezależności mojego kraju. Jak wiadomo, nasze oddziały cały czas musiały się cofać. Dotarłem wreszcie do Warszawy, ale od razu wysiano nas na południe od stolicy. Pod Osieckiem zostałem ranny, od wybuchu granatu. Trafiłem do szpitala, a właściwie do punktu opatrunkowego. Wiedziałem jednak, że tam nie wytrzymam, a Niemcy byli już bardzo blisko. Ponieważ nieźle się trzymałem, postanowiłem uciekać do Warszawy, by nie dać się złapać. Uciekaliśmy wzdłuż torów kolejowych. W Warszawie znów trafiłem do Cytadeli, później skierowano mnie do kompanii ozdrowieńców, na rogu Waliców i Chłodnej. Przyszedł moment kapitulacji i oddawania broni (oczywiście część zakopaliśmy). Moja rana odnowiła się, wdało się zakażenie i gorączka. Trafiłem do Szpitala więtego Ducha (w gmachu sądów grodzkich) - na kilka miesięcy. To zresztą uchroniło mnie od oflagu, musiałem jednak meldować się co dwa tygodnie w niemieckiej komendanturze, urzędującej w Hotelu Europejskim. W lutym 1940 r. przypadkowo" na ulicy spotkałem kolegę z tej samej kompanii z frontu na granicy niemieckiej, który był przekonany, że nie żyję. Ów kolega powiedział mi, że następnego dnia rano wraz z kolegą pilotem zamierza uciekać z Polski. Obaj bardzo żałowaliśmy, że nie spotkaliśmy się wcześniej, bo i ja mógłbym się z nimi zabrać. Na wszelki jednak wypadek poprosiłem go o adres mieszkania, z którego będą wyruszali. Byl już wieczór. Szybko porozumiałem się z żoną i zdecydowałem uciekać. Ponieważ za granicą mieszkali jej rodzice (urodziła się we Włoszech) postanowiliśmy więc, że ja uciekam zaraz, a ona w jakiś czas później, i spotkamy się w Rzymie. O świcie odwiedziłem jeszcze matkę i prawie pobiegłem pod umówiony adres. Wyruszyliśmy z Dworca Głównego - via ląsk, później do Krakowa i dalej do Rymanowa. Do Rymanowa przybyliśmy w charakterze handlarzy pieprzu i stamtąd do malej ukraińskiej wioski w samych górach - Wojciechowic, gdzie zatrzymaliśmy się w chacie jedynej polskiej rodziny (pracowników poczty). Przeprowadzić przez granicę miał nas czeski przemytnik. Czekaliśmy na niego wieczorem, ale przyszedł dopiero rano. Poprzedniej nocy straż ukraińska złapała grupę młodzieży prowadzoną przez księdza i przekazała ich Niemcom. Musieliśmy albo uciekać natychmiast, albo wracać do Warszawy. Ponieważ mijał właśnie mój dwutygodniowy termin zgłoszenia się w komendanturze, zdecydowaliśmy, że wyruszamy zaraz. Przechodziliśmy granicę w biały dzień, w południe. Było bardzo dużo śniegu i ok. 40° mrozu. Szliśmy przez góry całą noc, nad ranem doszliśmy do pierwszej wioski słowackiej. Baliśmy się milicji profaszystowskiej; podobno Niemcy płacili im za każdego schwytanego Polaka, a oni dodatkowo jeszcze wybijali złapanym zęby. Przeczekaliśmy w jednej z chat do południa i później saniami dotarliśmy do stacji kolejowej. Dojechaliśmy prawie do granicy węgierskiej i znowu zaczęła się przeprawa. Dotarliśmy na Węgry w nocy, na własnych nogach. Następnie pociągiem dostaliśmy się do Budapesztu. Tam działał już komitet pomocy uchodźcom z Polski. Oni się nami zajęli. Zresztą miałem tam znajomego. Nawiązałem kontakt z rodzicami żony, którzy przysłali mi wizę włoską. Moi towarzysze ucieczki pozostali na Węgrzech. Działali później jako kurierzy. Ja ruszyłem do Włoch - musiałem, przy tym, przejść nielegalnie jeszcze jedną granicę - węgiersko-jugoslowiań-ską. Wszystko jednak poszło dobrze i w końcu przybyłem do Wenecji, a następnie znalazłem się w Rzymie. Łatwo teraz opowiadać, ale nie było to takie łatwe. Tam przeżyłem dalszy okres wojny. Włosi odnosili się do, nielicznych zresztą, uciekinierów z Polski bardzo dobrze. Żyliśmy biednie, ale przeżyliśmy. Pod koniec wojny, gdy Rzym byl okupowany przez Niemców, musiałem się ukrywać przez kilka miesięcy - w kościele na Carso Umberto.
Razem ze mną ukrywało się kilka osób, przeważnie działaczy lewicowych i artystów. W mojej kryjówce na wieży kościelnej nad zakrystią odwiedzał mnie malarz Renato Guttuso, który z polecenia Frontu Wyzwolenia Narodowego (C.L.M.) opiekował się ukrywającymi się artystami, którym groziło niebezpieczeństwo ze strony Niemców lub faszystów włoskich. Wraz z przyjściem aliantów zaczęły organizować się rozmaite komitety, kluby, kółka artystyczne literatów, plastyków etc. Aktywnie działali: Moravia, Carlo Levi, Quasimodo, Consagra, Guttuso, Vedova, Turcatto i wielu, wielu innych. Ponieważ w tym czasie (II pol. 1944 r.) PKWN poszukiwał kontaktów w Rzymie, a znany byłem dobrze w środowisku włoskiej lewicy, otrzymałem depeszę z propozycją objęcia stanowiska korespondenta - przedstawiciela polskiej agencji prasowej - "Polp-res" w Rzymie. I tak się zaczęła moja kariera dziennikarska, a później dyplomatyczna. Załatwiłem akredytację u aliantów i wziąłem się do roboty. Czasy były specjalne. Poza normalną pracą korespondenta zagranicznego, trzeba było np. załatwić sprawy rewindykacji polskich dóbr, pomagać w repatriacji obywateli polskich etc. Mniej więcej po roku zostałem pierwszym po wojnie we Włoszech - Charge d'Affaires. To był okres naprawdę heroiczny - wszystko było przecież oparte na improwizacji. Organizowałem z niczego polską ambasadę. Dopiero później - niejako na gotowe - przyjechali pierwsi przedstawiciele władz z Warszawy. Wreszcie przyjechał prof. Stanisław Kot, który został pierwszym ambasadorem Polski we Włoszech po wojnie. Do 1949 r. pracowałem w ambasadzie w Rzymie, a w marcu 1950 r. płynąłem z Neapolu do Nowego Jorku, a właściwie do Kanady, by objąć tamtejszą placówkę i rozpocząć batalię o wawelskie arrasy. Warto tu jeszcze dodać, że we Włoszech, mimo tylu zajęć, brałem dość aktywny udział w życiu artystycznym. W 1948 r. np. wystawiałem swoje prace na Quadriennale malarstwa włoskiego w Rzymie. Nie wolno mi zapomnieć o Józefie Jaremie, który przybył do Rzymu wraz z II Korpusem. Jaremę znalem jeszcze z Warszawy, gdy przyjeżdżał z Cricot", Zorganizował w Rzymie Art-club", bardzo szybko otworzył swoje przedstawicielstwa także poza Włochami. Wydawał też pismo, poświęcone polskiej sztuce na obczyźnie. Mieliśmy z Józefem Jaremą podobne poglądy na sztukę i pozostaliśmy przyjaciółmi na wiele lat. W Ottawie pełniłem funkcję szefa placówki dyplomatycznej jako Charge d'Affaires. Był to okres trudnych stosunków pomiędzy Kanadą i Polską, a sprawa arrasów utknęła w miejscu. Przebywałem tu do 1955 r. O malowaniu nie było mowy. Ale powiedziałbym nieprawdę, gdybym ocenił moją prawie 6-letnią pracę w Kanadzie jako doświadczenie bagatelne.
Niestety nie czas tutaj, żeby te rzeczy pogłębić (opowiadam te sprawy właściwie w skrócie telegraficznym). Ale byl to dla mnie kolejny uniwersytet i trudny, i ak-trakcyjny. W ogóle muszę powiedzieć, że preferuję atrakcje trudne. Nie było mi sądzone pozostanie dyplomatą. Przychodziła rutyna, cały system biurokratyczny, który mnie mierził i doprowadził do konkluzji, że już tego doświadczenia mam dość, a w gruncie rzeczy, naprawdę i najbardziej interesuje mnie sztuka. Tu człowiek zmaga się przede wszystkim sam ze sobą. Na początku, w Rzymie, rozpoczynałem pracę dziennikarską i dyplomatyczną pełen entuzjazmu, to było fascynujące, nie mogłem
nie przyjąć tego wyzwania losu. Po łatach, zwłaszcza po doświadczeniach kanadyjskich, zacząłem tęsknić coraz częściej za zapachem farb. Ałe chyba warto powrócić jeszcze na moment do czasów rzymskich i wojny. Dużo wówczas rysowałem. Część rysunków udało mi się publikować w "Travase", znanym piśmie satyrycznym. Redaktorem "Travase" był plastyk i poeta Apolloni, który pisał teksty do moich rysunków. Pamiętam jedną z prac z tego okresu - "Wszyscy jesteśmy dziećmi Don Kichota". Ponieważ wymowa moich rysunków nie mogła współgrać z oficjalną linią propagandy ówczesnych władz, wkrótce redakcja została zmuszona wypowiedzieć mi współpracę.
Warto tu też wspomnieć moją pracę w teatrze, którą rozpocząłem przed końcem wojny. To był "Teatro delie Arti", ekskluzywny teatr typu muzycznego, gdzie prezentowane były dzieła współczesne (Strawiński, De Fałła, Petrassi, a przede wszystkim Alfredo Casella, który osobiście dyrygował swoją muzyką), albo drobne perełki klasyczne, np. Monteverdiego, Cerel-liego czy Mozarta. Tam pracował jako scenograf m. in. Enrico Prampolini, De Pisis, Guttuso. Dzięki pracy w tym teatrze moje nazwisko znałazło się w poważnym wydawnictwie albumowym "Ił figurino deł Teatro Itałiano Contemporaneo" (Rzym, 1945 - autor Sahatore Cabasino). A więc już jesień 1955 r. i mój powrót do kraju. Powróciłem z bagażem wielu doświadczeń, z córką, która urodziła się w Ottawie, no i z wyraźnym postanowieniem powrotu do mojego pierwotnego zawodu. Naturalnie znów nie było to wszystko takie proste. Z początku byłem zastępcą sekretarza generalnego w Komitecie Współpracy Kulturalnej z Zagranicą, później wiele lat dyrektorem Biura Współpracy Kulturalnej z Zagranicą w Ministerstwie Kultury Sztuki. I wreszcie w roku akademickim 1969-70 (już po kilku moich wystawach w kraju i za granicą) przeszedłem do warszawskiej ASP jako docent w katedrze malarstwa na wydziale grafiki. I tak powróciłem do malarstwa. Nie spodziewałem się idylli i idylla to nie jest. Ale tak miało widocznie być. (Tekst powyższy powstał na podstawie zapisu magnetofonowego rozmowy z Eugeniuszem Markowskim, przeprowadzonej w Warszawie w kwietniu 1988 r., w ramach prac dokumentacyjnych Centrum Sztuki Współczesnej, uzupełniony jego notatkami teoretycznymi).
Rozmawiał z artystą i całość opracował: Krzysztof Stanisławski
O malarstwie
Na rynkach sztuki współczesnej utarła się niezbyt budująca formuła, że sztuką może być wszystko, co się da sprzedać jako dzieło sztuki. Trudno mieć sympatię dla takiej definicji. Wydaje się natomiast, że najprzeróżniejsze formy czy działania artystyczne łączy jeden wspólny element, który można nazwać FASCYNACJĽ. Nieraz md* że to być perfekcja techniczna, kiedy indziej inteligencja, inwencja, różne formy zmysłowej urody czy brzydoty, temperament, wiedza, siła, zaskoczenie wreszcie. Za każdym razem powody mogą być skrajnie różne, ale rezultatem pozostaje jakaś forma FASCYNACJI. Naturalnie rozmiary tej fascynacji, a szczególnie jej gatunek różni się między sobą zasadniczo. Odnoszę się z sympatią, i nawet z podziwem, do różnych nieraz sprzecznych aspektów sztuki naszego wieku. Sprawy te jednak niestety, a może na szczęście, nie są jednoznaczne.


